Dlaczego Ozzy Osbourne nagrał Ordinary Man? Chyba tylko Szpakowski ma takie moce telepatyczne by odpowiedzieć na to pytanie. Jednak im dłużej wiercę w tym pytaniu tym więcej smakowitych refleksji się pojawia.

„Śmierć nie odpowiada gdy wołam o pomoc”

Gdybym usłyszał w telefonie: „Cześć Maciek, tu Ozzy Osbourne, Książe Ciemności. Dzwonię, bo u mnie ostatnio dzieje się bardzo źle.” moje doznanie byłoby mniej osobiste niż to, które mam słuchając Ordinary Man.

Ozzy ma 71 lat. Tyle co Samuel L. Jackson, Tonny Iommy, Robert Plant, Steven Taylor, Alice Cooper, George R.R. Martin i Cat Stevens. Tyle lat miałby Glen Frey, gdyby był z nami. Ozzy jest rok młodszy od Eltona Johna i 6 lat od Paula McCartneya. 20 lat starszy od Chada Smitha i 47 od Post Malone’a. I wiem, że to może wyglądać jak argument w stronę wieku. Jednak nie o to mi chodzi. To nawet nie kwestia choroby Parkinsona, popsutego organizmu i wątpliwego moralnie życia.

Na Ordinary Man są riffy proste jak praca w tartaku, wymagające siły i powtarzalności. Rytm konsekwentny jak lokomotywa. Przestrzenie mroczne, czasem ciasne, czasem otwarte jak ramiona pod sceną gdy lecą pałki i kostki. Łupanie jest obowiązkowe, jednak słychać w nim finezję. Mistrza swojej dziedziny. Otoczonego tym co najlepsze, a jednak z każdego kawałka aż kapie samotność.

„Jutro żegnam się ostatni raz więc będę święty przez tę noc”

W tym archetypicznie męskim łojeniu w struny, konsekwentnym i gęstym rypaniu w bębny stoi bezbronny pan. Jego przyjaciele już odeszli, słońce nie wschodzi o poranku i w powietrzu czuć koniec podróży. Fascynująca jest ta sprzeczność muzyki płynącej z niepohamowanej siły życia i słów o jego końcu.

Aż kłuje w serce gdy Ozzy opowiada o tym, jak jego życie potoczyło się samo, jak zawsze brakowało mu dolara, albo był dzień za późno. Na każdym kroku samotność, beznadzieja, niezrozumiały świat, w którym się zasiedział i nawet nie wie dlaczego.

Tę całą beznadzieję i smutek trzeba było zebrać w słowa, zagrać i wyprodukować. I mimo Sharon, łatwego dostępu do najlepszych muzyków i producentów, doświadczenia i osłuchania jest to wielki wyczyn. Nie to, że starszy pan z parkinsonem postanawia jeszcze coś nagrać, tylko to, że szczerze i precyzyjnie mówi o tym, że jest mu źle.

„W końcu to wszystko zrobiłem dla ciebie”

Ulegam przekonaniu, że ta wypowiedź jest do mnie. Zamiast dzwonić, żalić się i podnosić na duchu Ozzy składa swój bagaż w doświadczenie. Tak jak potrafi. Z tymi gitarami i szatanami. Ale też ze skrzypkami i Eltonem Johnem. W tym całym smutku i żywiołowości jest spokojna i pogodna puenta. „Ja odejdę, a z tobą będzie w porządku” – zdaje się mówić Ordinary Man.

Muzyka jest tak porządna, współczesna i charakterystyczna, że można ją spokojnie stawiać jako klasykę gatunku. Niesie z sobą siłę człowieka, który bierze kontrolę, nawet jeśli polega ona na tym, że sam sobie napisze epitafium.

Wniosek może też być taki, że cierpienie i trudy nie zwalniają z działania. Może nie każdy z nas ukuje z własnych doświadczeń coś tak stanowczego i estetycznego jak Ozzy. Jednak ani trud, ani wątpliwa spektakularność efektu nie są powodem by usiąść i łkać nad własną kondycją. Nie chcę powiedzieć, że skoro 71 letni Książę z Parkinsonem może, to ty też. Chcę powiedzieć, że zmaganie się jest nam pisane. Łatwiej jest je prowadzić gdy czerpiemy siłę z patrzenia jak inni to robią. A już na pewno łatwiej jest kroczyć dumnie, gdy w tle niesie się jazgot Slasha i Toma Morello.


Kategorie: Kultura