Dość solidnie dbam o moje kanały w mediach społecznościowych. To znaczy regularnie usuwam producentów szkodliwych treści. Mimo tego, raz na jakiś czas nazbieram refleksji o destruktywności pewnych sformułowań i robię z tego autoterapeutyczny post jak ten albo ten. Szkodzić mową można na wiele sposobów, jednak ostatnio wyłoniło się kilka takich bardzo podstępnych, bo przebranych za argumenty.

Lawina pytań?

Czy nie da się inaczej? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby … ? Jak długo jeszcze …? Kiedy ludzie wreszcie się zorientują, że …? Pytania mają bardzo ważną funkcję. Odpowiednie i odpowiednio postawione są początkiem poznawczej przygody. Nieodpowiednie i nieodpowiednio postawione kończą przygodę. Betonują nas w miejscu.

Znak zapytania zmienił funkcję w naszym języku, przestał oznaczać koniec pytania, nie sygnalizuje już otwarcia umysłu na nowe. Raczej stał się symbolem nie brania odpowiedzialności za zdanie, które go poprzedza. Zatem nie stawiamy tez, bo to wymagało by bronienia ich, stanięcia za swoimi słowami. Zamiast tego ukrywamy je w pytaniach. Na przykład mogę powiedzieć, że nie znoszę psychologów, zajmujących się badaniami, które nie przynoszą nowej wiedzy dla nie-naukowców. Mogę też zapytać Ciebie, czy nie uważasz, że psycholog, który nie poszerza wiedzy przeciętnych Kowalskich (czy Klarenbachów) jest niepotrzebny i szkodzi swojej dziedzinie? I teraz kto jest odpowiedzialny? Ty Słonko. Ja mam rączki czyste, ja tylko pytam.

Poza tym, mogę spokojnie wchodzić w polemikę (albo szykować się na wojnę) ze wszystkimi, którzy nie zgadzają się z teza ukrytą pod znakiem zapytania. Zatem mogę dopytywać, np. „Skoro nie uważasz takich psychologów za szkodliwych, czy to oznacza, że pospolitym Klarenbachom nie należy się rzetelna wiedza o ich psychice?” I w ten sposób wagonik jedzie dalej.

Nie chcę oczywiście postulować zadawania pytań bez tez. Wydaje mi się, że jest to trudne i trochę nie potrzebne. Ważne, by zadawać je tak, by pozostawić przestrzeń odpowiadającemu na niezgodzenie się z tezą. Zatem ikoniczne: „Kiedy przestał Pan bić żonę?” musi pozostawiać za sobą miejsce do powiedzenia: „Nigdy nie biłem mojej żony?” oraz „Zaraz po tym jak powiedziała, że Pan bije ją wystarczająco często.”

Zatem pytania jak: „Jak się ma wolność akademicka w czasach mniejszościowej tyranii LGBT?” po pierwsze nie jest pytaniem, a po drugie wymaga mniej lub bardziej spektakularnego przemilczenia.

A, no i jeszcze jedno. Zadawanie pytań często ma wzbudzić emocje. Zwroty takie jak: „Kiedy ludzie się opamiętają?” albo „Czy oni nie widzą do czego to prowadzi?” mają wzburzyć tego, do kogo trafi to pytanie. Bo ono nie trafia do adresata. Kiedy ktoś pyta „Kiedy nauczyciele akademiccy …?” to zwykle nie kieruje swojego pytania do nauczycieli akademickich, a raczej do studentów, polityków, rodziców itd. Zatem nie oczekuje odpowiedzi na swoje pytanie, a raczej pewnego emocjonalnego zsynchronizowania. Wspólnego zakrzyknięcia: „Rację ma! Kiedy?”. Pytania te mają zgrabnie spolaryzować, ale nic poza tym. Nie dążą do zmiany, do poprawy, do rewolucji. Raczej do podtrzymania temperatury w bemarze z narodową debatą. Dzięki temu większość poglądów, które dziś słyszymy są jak rozciaptane dewolaje, ziemniaczki czasem zimne, czasem ciepłe. Stoją w wiecznym zawieszeniu między „trzeba wyrzucić bo stare” i „trzeba trzymać póki ciepłe”.

Szejkowie sarkazmu

Debaty inteligentnych interlokutorów niosą ze sobą często emocje podobne do tych, które budzą mecze bokserskie. Ta rywalizacja i nieuniknione zwycięstwo jednego nad pobitym drugim powoduje, że wrze w nas zaangażowanie. Zachwycamy się techniką, szybkością, wytrwałością, ale też jasno widać, kto został „zmiażdżony”, „zmasakrowany” i „pozamiatany”.

Dziś, gdy wielkie gale zostały sprowadzone do eventów na facebooku, zwłaszcza dlatego, że łatwiej je zorganizować, możemy sobie tworzyć bokserskie pojedynki intelektualne dla małego grona i nawet bez interlokutora. wystarczy napisać: „Panie Sasin …”. Wiadomo, że tego nie przeczyta, wiadomo, że nawet jak przeczyta to go nie ruszy. Ale my mamy atencję obserwatorów – „O na Sasina się porwał!”. Następnie popisujemy się werbalnym fechtunkiem, sypiemy błyskotliwym sarkazmem. Znów ustawiają się za nami zwolennicy, a przeciwnicy raz zidentyfikowani trafiają na listę kolejnych wirtualnych interlokutorów do obsmażenia, czy zroastowania.

Za takimi wypowiedziami spoczywa jednak tylko jedna i wspólna dla wszystkich przypiekających (niezależnie od poglądów i orientacji) wypowiedź: „Jestem inteligentny i mam rację!

I ja to bym wolał czytać takie wypowiedzi na facebooku. Chciałbym, żeby Krzysiu Bosak pisał, że czuje się dziś śliczny i mądry, zamiast tych jego pasaży o tym, że moje koty nie płacą podatków. Wtedy spokojnie mógłbym wchodzić z nim w dyskusję, życzyć miłego dnia, wesołego weekendu, bo nawet faszystom się takie rzeczy należą. Jezus kazał kochać wszystkich. Wolałbym rozmawiać o tym, że Andrzej Duda kocha się w swojej umiejętności emitowania dźwięków niż o tym, co te dźwięki z sobą niosą. Byłoby jakoś milej i mniej wojennie.

Oczywiście (jak widać u góry) sarkazm jest wciągający i daje dużo radości, jednak nie powinien ukrywać stojącego za nim przekonania, że myślę dobrze o swoich możliwościach intelektualnych. Zatem gdy znów najdzie cię ochota, by w sarkastyczny sposób przypiec kogoś napisz po prostu, ze masz dziś dobry dzień, ślicznie ci się włoski ułożyły, albo wyszło ci spotkanie. Bo w sumie to jest najważniejsze. To jak nam jest ze sobą. Świat, w którym żyjemy jest trudny i wymagający, wpływanie na niego wymaga o wiele więcej niż wielu z nas chciałoby się dać. Poza tym, wolę cię przed lustrem niż przed telewizorem.

Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy …

To magiczne zaklęcie często pojawia się w wypowiedziach, zwłaszcza w PR24. Moc tego zaklęcia polega na tym, że buduje takie wyobrażenie, że coś jest trudne do zrozumienia, dla logicznie myślącego, prawego i wykształconego patrioty (a przecież wiadomo, że takie typki łapią wszystko w lot… dobra, ładnie dziś mi zdjęcia w parku wyszły!) a przetłumaczone na język bezpośredni znaczą „Ci ludzie nie zasługują na rozumienie. Ja natomiast jestem rozumiany w mig i przez wszystkich”. Szkodzić mową, w tym przypadku można ogromnym rzeszom ludzi na raz. Można powiedzieć, że nigdy nie zrozumiem kobiet. Mało jakim zdaniem można rypnąć w ponad połowę populacji planety. A tu proszę.

Poza tym, zrozumienie ma nadzwyczajnie i niezasłużenie ogromną funkcję w naszych rozmowach. Jest jakaś taka wizja, że prawdę, dobro, piękno można zrozumieć, a kłamstwo, zło i obrzydlistwo jest niezrozumiałe. Wydaje mi się, że łatwiej mi sympatyzować, albo choć zrozumieć kogoś, kto nawyzywał, zniszczył, nawymyślał niż kogoś, kto w imię wartości postępuje słusznie. Poza tym, ten drugi nie potrzebuje zrozumienia, wszystko u niego OK. Ten pierwszy wymaga społecznego wsparcia, świadomości i wysłuchania. I to jest właśnie ta misja TVP… znów mi się wyrwało, chciałem powiedzieć, że dobrze mi się broda dziś ułożyła.

Szkodzić mową mniej lub wcale

Szkodliwość takiego mówienia nie polega na tym, że ktoś może uwierzyć w nieprawdę, niepostrzeżenie zinternalizować sobie tezy ukryte w pytaniach, zapatrzyć się w sarkastyczny fechtunek lub odmówić komuś zrozumienia. najbardziej niebezpieczny jest emocjonalny bemar, w którym chodzimy permanentnie podku$%^eni. Nie na tyle, by coś zrobić, ale też wystarczająco bardzo, by być w ciągłej gotowości. Twoje JA jest ciągle podgrzewane. Nie ma czasu by się zrobić na nowo, samemu się przysmażyć i poszatkować. Zrobić z siebie coś pysznego, czym będzie można się z radością podzielić.

Żeby o to zadbać pamiętaj to zdanie:

„Nic w życiu nie jest tak istotne jakim się wydaje, gdy o tym myślisz.”

— Daniel Khaneman

Nasza wewnętrzna maszynka do oceniania myśli ma taką cechę, że zakłada, że nie myślimy o rzeczach nie ważnych. To dlatego, żeby utrzymać nas w przekonaniu, że jesteśmy dobrymi, przyzwoitymi i kompetentnymi ludźmi. Zatem nie myślimy o śmieciach. A to nie zawsze prawda. Więc gdy na jedną z naszych myśli pada światło reflektora świadomości wydaje nam się ona super ważna. NIE JEST.

Druga sprawa jest taka, że racja i prawda są konstruktami teoretycznymi i nie występują w przyrodzie. Jesteśmy wspólnie w drodze do poznania ich i ona prawdopodobnie nigdy się nie skończy. Nie można ich mieć, nie można ich wymówić ani zapisać. A nawet jeśli ktoś ulegnie takiemu przekonaniu to wyklucza się ze społeczeństwa, którego wspólnym wyzwaniem jest SZUKANIE, a nie definitywne odnalezienie. Zatem do poglądów i ideologii warto podchodzić jak do krajobrazu, a nie jak do śmieci w piwnicy.

szkodzić mową

Trzecia sprawa to wesołe pogwarki i na kobzie granie. Zasugerowane przez Zofię Pociłowską w rzeźbie „Starodzieje” aktywności łączą się z ucztowaniem. Pogwarki przy ogniu, piwie, kiełbasie są w centrum przyjaźni. Dogryzanie sobie i prowokowanie ma sens gdy mamy pewność poczucia humoru i tego, że spotkamy się ze wzajemnością. Zatem tocz pogwarki czule i z bliskimi. Chodź po parkach i wietrz głowę, patrz na krajobrazy i nie ufaj swojemu zacietrzewieniu. Pamiętaj, że pogodne zapomnienie jest ważniejszą metodą odsyłania rzeczy w niebyt niż walka i poświęcenie. Staraj się nie szkodzić mową sobie i innym.

Kategorie: Psychologia